Pepromeno, panigiri i kamáki – oto słowa, które warto znać, wyjeżdżając do Grecji

Grecy słyną z serdeczności, zamiłowania do zabawy i… flirtów. Nic w tym dziwnego skoro uchodzą za jeden z najbardziej gościnnych narodów o czym miałam okazję przekonać się wielokrotnie.

W ciągu ostatnich dwóch lat spędziłam w Grecji ponad pół roku. Przemierzyłam m.in. Wyspy Jońskie, Peloponez, Sporady, a także Cyklady. I jedno wiem na pewno – Grecy nas lubią. Przeciętnie co trzeci mieszkaniec Hellady, którego poznałam miał lub ma znajomego, partnera życiowego lub współpracownika z Polski. Uważają, że jesteśmy bardzo podobni do siebie i dlatego chętnie nawiązują z nami relacje. Nie tylko przyjacielskie… Tutejsi mężczyźni bardzo chwalą urodę Słowianek, a szczególnie polskich kobiet. Bezbłędnie potrafią je wskazać w tłumie. – To dlatego, że macie w sobie ten ogień, od razu to widać – mówi z przekonaniem Yiannis, który od lat pracuje za barem. – Ty też go masz… – puszcza do mnie oko.

Ale ja nie daję się nabrać na tę grę, zbyt wiele już słyszałam o greckich kamáki. Ci uważają się za najlepszych kochanków i nie potrafią przepuścić żadnej kobiecie. Samo słowo kamáki oznacza harpun. A playboyem jest ten, który używa harpuna, by upolować zdobycz. Termin powstał w latach 70-tych ubiegłego wieku, kiedy otworzyły się greckie granice. Ludzie z całego świata zaczęli masowo napływać do kraju słynącego z legend i mitów. Wyluzowane i atrakcyjne turystki szybko zjednywały sobie przyjaciół, którzy często zapominali, że w domu czeka na nich żona lub dziewczyna. Bo zachowawcze i zapracowane Greczynki przy zabawowych dziewczynach z mottem ‘carpe diem’ po prostu wypadały blado.

Kochankowie świata

Cokolwiek by jednak o Grekach nie mówić, trzeba przyznać, że umieją romansować i potrafią sprawić, że mimo swoich niedoskonałości kobieta czuje się najpiękniejsza na świecie. Bo czy będę się zastanawiała nad tymi paroma kilogramami więcej, kiedy w gwieździstą noc kosmyk włosów zostanie mi założony za ucho i popijając wino usłyszę więcej komplementów niż przez ostatnie pół roku? No właśnie. Cały szkopuł w tym, żeby nie dać się uwieść zbyt szybko. Jednak dla wielu kobiet może się to okazać za trudne. – Na pewno mu się podobam, czuję to! – na twarzy Sandry, brytyjskiej turystki, którą poznaję w jednym z barów maluje się błogość. – Zawsze kiedy rozmawiamy robi wszystko, żeby mnie dotknąć, wiesz, niby przypadkiem, ot tak. Albo kiedy ostatnio żartowaliśmy, poczochrał mi włosy, a jak poszliśmy na wycieczkę i trzeba było przejść przez skały, cały czas trzymał mnie za rękę. Chociaż nie musiał!
Nie chciałam burzyć ekscytacji Sandry, ale zachowanie jej greckiego przyjaciela nie było niczym nadzwyczajnym. Tutejsi mężczyźni (ale i kobiety) mają po prostu taki sposób bycia. Turyści z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Polski, posługujący się kompletnie innym kodem kulturowym, mogą to odczytać jako zbytnią poufałość lub zachętę do flirtu. A to zwyczajna, niczym nie podszyta serdeczność, z której Grecy słyną.

Filoxenia, czyli grecka gościnność

Gdy pomyliłam drogę na Zakyntosie, przypadkowo spotkana dziewczyna zamiast mi wytłumaczyć jak dotrzeć na miejsce, sama mnie tam zaprowadziła. Gdy skończyła mi się gotówka na Alonissos, właściciel tawerny zamiast wskazać mi drogę do bankomatu stwierdził, że dziś stołuję się na jego koszt. A gdy mój przewodnik na Kefalonii zapadł się pod ziemię, opiekun z sąsiedniej wyspy znalazł mi zastępstwo w ciągu godziny, choć nie leżało to w jego gestii.
Dlatego będąc już od kilku tygodni w podróży, nie zdziwiłam się, gdy Angie, którą poznałam przypadkowo dzień wcześniej, zadzwoniła późnym wieczorem, wyciągając mnie na obchody Dnia Ducha Świętego. Szybko wyskoczyłam z pidżamy i już dziesięć minut później siedziałam w jej samochodzie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać.

– Panigiri to dla nas bardzo ważne święto, gromadzimy się przy kościele, powinnaś to zobaczyć. – Przy kościele? Mój zapał szybko zmalał. Przyznam szczerze, nastawiłam się na kompletną nudę, dlatego gdy dojechałyśmy na miejsce, miałam wrażenie, że pomyliłyśmy imprezy. Na placu przy kościele było chyba z tysiąc osób, z czego 1/3 tańczyła dość skoczny taniec do muzyki na żywo, a reszta siedziała przy plastikowych stolikach, wcinając rękami pieczonego prosiaka, którego zapijała piwem. – Tego się pewnie nie spodziewałaś – Angie mrugnęła do mnie z uśmiechem. I miała rację. Nie spodziewałam się, że znajdę się na imprezie (jakby nie patrzeć religijnej), podczas której wszyscy – bez względu na wiek – będą się doskonale razem bawić. I to kolejna rzecz, która uderza mnie w Grekach – przywiązanie do tradycji i kultury oraz sposób w jaki to przywiązanie celebrują.

Zabawa przede wszystkim

Grecy uwielbiają świętować. Przekonałam się o tym nie raz i nie przy jednej okazji. Prócz świąt narodowych ogromne znaczenie mają także festiwale, których daty uzależnione są od imienin świętego patronującego danej miejscowości. A skoro już o imieninach mowa, mieszkańcy Hellady świętują je znacznie huczniej niż urodziny. To dzień wyjątkowy. Solenizant zostaje sowicie obdarowany przez rodzinę i znajomych, a wieczorem czeka go impreza. Na jedną z nich zostałam zaproszona przez Kostasa. Gdy weszłam do tawerny wypełnionej po brzegi ludźmi, naiwnie zapytałam kelnera, gdzie siedzi Kostas. – Tam – zamachnął się, wskazując całą knajpę. Tego dnia na jednej z Wysp Jońskich, w jednym miejscu, znalazłam szesnastu świętujących Kostasów. I jak się okazało, także znajomych z innych części świata, o których niedawno myślałam, a których nie widziałam wieki. – Aga, to pepromeno – Kostas jest pewny, że musiało mnie tu przywieźć przeznaczenie. Bo jak można to inaczej wytłumaczyć? – Czy chcesz powiedzieć, że nic nie dzieje się bez przyczyny? – Nie – odpowiada zdecydowanie.

I Grecy w to wierzą. W zrządzenia losu i przeznaczenie. Skoro nie zdążyłam na prom do Itaki, na którą dostałam się małą łodzią podczas wzburzonego morza – to musi być pepromeno. Skoro podczas karnawału na Naksos spotkałam dziewczynę poznaną na Eubei a pochodzącą z Aten – to musi być pepromeno. Kiwam głową z uśmiechem. Bo podróżując łatwo popaść w przesadny romantyzm. Przypadkowe spotkania wydają się zrządzeniem losu, a zbiegi okoliczności niosą ukryte znaczenie. I wtedy grecki kucharz, z którym się zakumpluję na dłużej, zaczyna mówić do mnie polsku. Nie mogę się odżegnać od myśli, że to faktycznie pepromeno.

Zdjęcia w tekście: Pexels

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *